Kolejna runda Mistrzostw Okręgu Warszawskiego Pojazdów Zabytkowych zabrała nas na pogranicze Mazowsza i Podlasia. Był poczęstunek Koła Gospodyń Wiejskich, byli strażacy z OSP, ruiny szkoły, lasy, pola, krowy i bociany. Nie zabrakło też gratów, gruzów i wrostów. I zimno było też.
Rajd Wytrzymałościowy
Tegoroczny Nadbużański wymagał wytrzymałości. Startując z Warszawy na sam start mamy jakieś 130 km. Potem przebijamy stówkę kręcąc się po trasie rajdu, żeby wieczorem zrobić kolejne 130 km do domu. Mamy więc jakieś cztery stówki przebiegu, może więcej i łącznie 10 godzin w drodze.
Trasa biegnąca z Czyżewa do Nuru zgodnie z przewidywaniami zapewniała wiele sielskich widoków i zapachów. Ale to ma swoją cenę i zawieszenia samochodów musiały poradzić sobie z asfaltami, które czasami składały się z dziur a innym razem z wystających łat. Odcinki szutrowe jak to mają w zwyczaju także nie są równe jak stół a miejscami piaskowe łachy sprawiały, że trzeba było dać w gaz i szurając wydechem nie dać się wyprowadzić w krzaki.
Może nie tyle wytrzymałości, ale samozaparcia wymagała poranna decyzja o wyruszeniu w drogę. Kolejny zimny dzień zaczął się chmurami i deszczem, który gdzieś w okolicach Radzymina był wyjątkowo intensywny. Na szczęście zgodnie z prognozami deszcze jeszcze przed dotarciem na miejsce startu ustąpił. Niestety zimno zostało.
A miło to znaczenie, gdy czekaliśmy w kolejce na PKPie, gdzie trzeba było zrobić quiz z wiedzy o małych przyczepkach i potem, kiedy w długiej kolejce czekaliśmy gdzieś w polu, żeby posłuchać diskopolo. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zadanie było bez sensu, ale przecież jak można zaliczyć wypad na pogranicze Podlasia bez tego rodzaju dźwięków?
Zacna oprawa
Jak Nadbużański to Czyżew i Nur. W tym roku start odbywał się w Czyżewie pod patronatem lokalnych władz. Koło Gospodyń przygotowało dla nas kanapki, ciasto, cukierki, kawę i herbatę, które umilały oczekiwanie na odprawę i start. Strażacy dbali o porządek na placu, a Proboszcz udostępnił toalety, których pilnował kot wyjątkowo cięty na psy.
Kończyliśmy w Nurze gdzie rok temu startowaliśmy. Tutaj także mogliśmy liczyć na poczęstunek od Koła Gospodyń. Pyszna zupa, kawa i herbata pozwoliły się trochę zregenerować przed dalszą drogą. Nie zapominajmy także o wodzie, prince-polo i najlepszych paluszkach Żerańskich, którymi organizator dbał o naszą formę na poszczególnych etapach.
Inne takie
Podobno jestem zbyt miły w swoich tekstach, co kontrastuje z moją prawdziwą naturą, więc jedziemy z tym co mi się nie podobało. Po pierwsze już na samym starcie skręciliśmy w złe lewo i utwierdzeni faktem, że chwilę później zgadzał nam się budynek po lewej pojechaliśmy w jakieś budowy i inne pola. Znalezienie właściwej trasy nie było łatwe, zajęło trochę czasu, popsuło na jakiś czas atmosferę w aucie i w ogóle do bani. Możliwe, że to nasza wina, ale podobno niektórzy oskarżają o to, że źle pojechali organizatorów, więc niech będzie i tak. A tak zupełnie serio, Kochani dajcie nam tak chociaż z 10 kratek o charakterze idiotoodpornym na złapanie rytmu.
Zdjęcia do znalezienia na trasie były wyjątkowo przystępne i dało się je znaleźć, zadania też w porządku i mówię to pomimo żałosnego jak zwykle wyniku końcowego. Z zażaleń to mogłoby być cieplej i kolejki krótsze. I bliżej domu, ale w równie ciekawych miejscach co okolice Czyżewa i Nuru.
I na koniec tradycyjne podziękowania dla organizatorów i osób wspierających za kawał roboty włożony w przygotowanie rajdu, zabezpieczenie skłotu, ogarnięcie władz lokalnych i wymarznięcie się na PKPach. Do zobaczenia następnym razem!
Więcej zdjęć znajdziecie na Facebooku
Sprawdź także:




















