Nitów nie było ponad trzy lata, a jak już wróciły, to okazało się, że wpisowe jest drogie, zadania tendencyjne, trasa brzydka, dodatkowe atrakcje są, ale ich nie ma a pogoda to połączenie burzy piaskowej ze śnieżycą. Do tego niektórzy nie zrozumieli koncepcji i przyjechali Lancią Stratos, ale to może efekt wody sodowej prosto z Teleexpressu. Takie właśnie były tegoroczne Nity. Tak jakby.
Festiwal Polskiego Graciarstwa
Czy warto silić się na opis wydarzenia na które ponad 126 miejsc rozeszło się w jakieś 50 minut? To już mówi samo za siebie. Legenda Nitów była, jest i będzie. A niestety coraz trudniej jest jej sprostać. To, co dzisiaj nazywamy gratami i gruzami, ma się nijak do tego, co w idealnym, to znaczy naszym świecie powinno jeździć w Nitach.
Brzydkich, zaniedbanych i porzuconych miejsc w Warszawie jest także coraz mniej. A to one są naturalną scenerią Festiwalu. Tutaj oczywiście wyrazy szacunku za wyznaczenie trasy do miejsc, które znamy z dawnych edycji, ale też częściowo z innych miejskich rajdów, a które zachowują ducha rajdu.
Są to okoliczności przyrody przykre dla oka normalnego człowieka. Jednocześnie te opuszczone miejsca, klasyczne pierdolniki i inne gruzowiska leżą zaskakująco blisko prestiżowych osiedli dla młodych rodzin z nożem na gar… z kredytem hipotecznym na karku.

Dosłownie jeden ruch kierownicą podczas mijania krzaka i w przedniej szybie mamy najnowsze trendy deweloperskie typu Villa Ostatniej Nadziei, a we wstecznym lusterku jeszcze widzimy Focusa bez kół, gruzy budynków i hałdy śmieci. Coś wspaniałego. Ale to nie potrwa wiecznie.
Nie wiem jak długo uda się jeszcze utrzymywać Nity przy życiu, ale mam nadzieję, że nie odejdą do historii i graciarskie pospolite ruszenie jeszcze kiedyś rozgrzeje serduszka wszystkich graciarzy.
Graty, ludzie i gruzy
Start to chyba mój ulubiony moment Nitów. I nie chodzi nawet o tradycyjny chaos i szukanie miejsca startu, które przecież jest na terenie na którym wszyscy się znajdujemy. Magia Nitów. W starcie lubię ten moment oczekiwania kto i czym przyjedzie. Te znane z widzenia twarze i samochody dzięki czemu można się poczuć jak u siebie w domu. Czy tam w pierdolniku. Jest inaczej niż przy jakiejkolwiek innej okazji.
Potem to już wiadomo, jedziemy sobie na itinerer, są choinki, które nawet udało się przejechać. Są wspomniane pierdolniki, zdjęcia gratów, które zastąpiły wrastające trupy ukradzione przez służby miejskie. Są zagadki, rebusy, paluszki żerańskie i dziwny koleś każący coś rysować pod wiaduktem.
Potem jest meta na cmentarzysku polskiej motoryzacji, terenie FSO na Żeraniu. Miało być też coś do jedzenia, jakaś kawa i wejście do muzeum, ale byliśmy na miejscu za wcześnie, a drzwi do muzeum ktoś zamknął na klucz jak tylko dotknąłem klamki. No ale to moja wina, z tym pośpiechem to do korpo proszę a nie na Festiwal Nitów i Korozji.
A samochody? Gdybym to ja miał przyznać nagrodę ducha Nitów (nie ma takiej nagrody) to dostałoby ją niebieskie Capri. To jest rasowy gruz i mało już jest takich na drogach. Niestety. Albo stety. Zależy kto prowadzi. Wspaniałym zaskoczeniem była też Lancia Stratos.
To była niesamowita przyjemność jechać za tym statkiem kosmicznym po pierdolnikach, dziurach i osiedlach w poczciwym Escorcie. Widok to był niecodzienny, a piski zawieszenia i zgrzyty tłumika obcierającego o beton i kamienie pozostaną ze mną na długo.

I takie to były właśnie Nity. Fajnie, że jeszcze Wam się chciało Panie i Panowie ze Stada Baranów i komitetu organizacyjnego. Trzymam kciuki za chociaż jeszcze jeden raz, ale wiem, że to może być trudne z bardzo wielu powodów. Jednak jak wskazuje tempo zapisów i reakcje po rajdzie to chyba warto się zastanowić. Bo to, że jest dla kogo robić ten rajd to wiemy, pytanie czy jest jeszcze gdzie wytyczyć jego trasę.
MSK


TUTAJ Znajdziecie większą galerię na facebooku.















