Gratobranie

Miłośnicy zorganizowanych wycieczek i posiadacze wyjątkowych egzemplarzy chowają już raczej swoje perełki w ciepłe i suche miejsca. Owe perełki zobaczą znowu asfalt pewnie dopiero za kilka miesięcy. Ale na straży ulicznego porządku stoją jeszcze graciarze. Bo czy jest lepsza forma korzystania z jesieni niż poszukiwania gratów zza kierownicy grata?

Liczyłem jeszcze na jakiś rajd, może kolejną edycję Graciarskich Dziadów Jesiennych, albo cokolwiek w tym stylu. Przecież jeszcze nie solą i można śmiało jeździć. Pomijam już fakt, że o tej porze roku częściej zdarza się obserwować w lusterku zbyt szybko zbliżającego się SUVa, albo samemu zbliżać się nieco zbyt szybko do nagle zatrzymujących się pojazdów co może skutecznie zniechęcać do wyprowadzania staruszka na ulice.

Tak czy inaczej pomimo ryzyka i braku rajdów jesień to idealny czas na jeżdżenie gratem. Temperatury nie męczą ani maszyny, ani kierowcy. Do tego jest całkiem malowniczo. W mieście można udać się na przykład na Karową i cisnąć na dwójce pod górę złapać kilka małych poślizgów na cztery koła na legendarnej i piekielnie nierównej kostce. 

Można też pokręcić się w poszukiwaniu gratów. Oczywiście faktem jest, że za jeżdżenie bez katalizatora po mieście całkowicie bez celu i sensu traficie prosto do piekła. I to być może nawet jeszcze za życia.

Gratobranie, czyli choroba psychiczna

Tak jak w mojej głowie dokonuję niesamowitej “gratcepcji”, tak dla postronnych ludzi sytuacja wygląda następująco:

Jakiś typ zajmuje kawałek jezdni srebrnym grzybowozem, wysiada i z wyraźną ekscytacją ogląda jakiegoś grata, który zawala tylko miejsce parkingowe. Robi kilka zdjęć (dziwne, że nie analogiem) i odjeżdża tym swoim gruzem od podobnego do niego wraku. A wszystko to dzieje się w padającym deszczu i w zimnie. Mówiąc krótko wariat.

Ale to jest chyba to cieszenie się małymi rzeczami. To bardzo przyjemne uczucie pojeździć bez celu samochodem, którym nie jeździ się na co dzień. Wiadomo, że to jaki to samochód ma znaczenie. Ale przekroczenie progu “fajności” to kwestia indywidualna. Na szczęście.

A samo gratobranie jako forma spędzania czasu chyba nie wymaga tutaj polecania? Najlepiej smakują graty znalezione przypadkowo. Ale niektóre znaleziska z polecenia też mają swój urok. Jest trochę jak na rajdzie gdzie szukasz odpowiedzi na pytanie.

Na białego Escorta dostałem cynk. Escortów dowolnej generacji nie ma już z nami zbyt wielu. Ten model to prawdziwy czempion w rodzinie Forda jeśli chodzi o korozję. Dlatego trzydrzwiowy MK4 brzmi dla rasowych motoryzacyjnych zboczeńców wyjątkowo atrakcyjnie. 

Niestety okazało się, że to nie jest jakaś ciekawa wersja. Poszerzenia są oryginalne, ale obstawiam, że pod maską siedzi po prostu 1.6. Wnętrze jest identyczne jak to w moim Escorcie, chociaż w białym ktoś stworzył jakąś przedziwną konstrukcję pseudo szelkowych pasów. Do tego drewniana kierownica i kilka dodatkowych zegarów.

Jak to mówią w Anglii typowy Boy Racer. Niestety mimo natychmiastowej sympatii do tego egzemplarza nie wróżę mu wielu kilometrów. Myślę, że następny przystanek będzie na parkingu depozytowym albo złomie. Ewentualnie złomie po sezonowaniu na depozytowym.

Pod plastikami widać dużo korozji. Fabryczny szyberdach mógł pomóc w rozprzestrzenianiu się wody nie tam gdzie trzeba. Do tego tylne lampy z MK3 najprawdopodobniej przeciekają wpuszczając wilgoć także do bagażnika. 

I chociaż koniec wróżę mu tragiczny, to pewnie życie miał równie ciężkie co kolorowe, jak Focus z tej reklamy:

MSK