Dlatego nawet nie będę jej tłumaczył. To historia jakich wiele. Godziny ciężkiej pracy, wydane pieniądze, brudne ręce i zajęte weekendy. To samochód, którego remont nie ma sensu i od początku było to jasne. To wreszcie samochód z którym w jakiś sposób się zrosłem a moment jego wyjechania na drogę jest dla mnie dzisiaj niewyobrażalny. Przez ostatnie 15 lat jeździliśmy tyle co nic, większość czasu walcząc o przetrwanie. Ale zacznijmy od początku.
Rozdział 1 – Młodość
Na przełomie lat 70′ i 80′ Ford w swoich salonach oferował ostatnią generację Taunusa i Cortiny. Bliźniacze konstrukcje wkrótce miała zastąpić nowoczesna Sierra. W takich okolicznościach u któregoś z europejskich sprzedawców Forda pojawił się mój egzemplarz.
W jakiej konfiguracji opuścił salon? W którym kraju? Ilu miał właścicieli i czy otaczali go troską? Tego nie wie nikt i nie ma żadnych wskazówek, żeby na te pytania odpowiedzieć. Pewnie jak typowy sedan klasy średniej na początku woził do pracy reprezentanta zachodniej klasy średniej dając mu luksus w postaci wygodnego fotela, obszernego wnętrza, miękkiego zawieszenia i fabrycznego szyberdachu.
Rozdział 2 – Starość
Idealnie byłoby zacząć drugi rozdział tej historii mniej więcej od momentu kiedy Taunus miał około 10 lat. Czyli stawał się już powoli gratem, jego wartość rynkowa była niska a w salonach można już było dostać samochody na wtrysku z ABSem i elektrycznymi szybami. I mowa tutaj o Escortach, Mondeo czy Scorpio. Pierwsza połowa lat 90.
Zaczniemy jednak w 2003 roku, kiedy Taunus mając na podłużnicach jakieś 23 lata trafił w ręce pewnego Amatora starych Fordów. To dobry moment na nową cześć jego historii, bowiem od tej pory przestał być niepotrzebnym gratem a stał się czyimś „oczkiem w głowie”. W dodatku jest to początek dobrze udokumentowanych losów tego wozu.
Taunus był pierwszym samochodem R. i pewnie całkiem sporo go nauczył. R. jeździł nim na co dzień, na zloty, spotkania i wycieczki. A właściwie próbował, bo Tauniak to rogata dusza i ciągle się stawiał.
W tamtym okresie Ford pochłonął bardzo dużo nerwów i pieniędzy ówczesnego właściciela. Lista inwestycji w grata jest imponująca. Był nawet ogromny remont blacharski o charakterze kowalskim co stwierdziłem już po pierwszych głębszych próbach naprawy.
Ale o tym nie będę Wam zbyt dużo opowiadał, bo zrobił to już ktoś inny TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ.
Rozdział 3 – Zmartwychwstanie
Mamy rok 2010. Taunus po trudnym dla niego rocznym pobycie w Małopolsce wraca na Mazowsze o własnych siłach, ale zdecydowanie ich resztką. Trafia do mnie, studenta, który nie wie, nie umie i nie ma gdzie. Ale się uparł. I tak to się zaczęło.
Większość z 15 lat, które nas łączą przebiegło na walce o to, żeby się go nie pozbyć. Nie miałem po prostu na to pieniędzy, miejsca i zdrowia. Wielkim wysiłkiem, samozaparciem i wytrwałością udało się doczekać lepszych czasów, czyli głównie garażu.
Pierwszy wynajęty na Woli szeregowiec nie sprawdził się zbyt dobrze. Ja nie byłem w kondycji pozwalającej na tak zaawansowane prace nad samochodem. A i to nie jedyny problem, bo zakres prac był tak ogromny, że garaż był po prostu za mały. Brakowało też niezbędnego wyposażania, na które nie było mnie stać.
I niczym w filmie, kiedy miałem się już poddać, ale teraz to już tak na prawdę, kiedy zaczynałem poważnie rozważać czy bardziej opłaca się zadzwonić po złomiarzy, żeby zabrali całość, czy może lepiej jednak spróbować coś sprzedać na części, nastąpił przełom.
Nie wdając się w szczegóły powiem, że w końcu mogłem postawić własny garaż na działce. Bardzo chciałbym przełamać stereotyp mówiący o tym, że nie trzeba być bogatym, żeby bawić się w samochody, co moim zdaniem jest prawdą jeśli kasę zastąpi się ogromną wytrwałością, uporem i determinacją, ale muszę też przyznać, że poszczęściło mi się z tym kawałkiem terenu ma którym mogłem postawić blaszaka o oszałamiających wymiarach 3x6m.
Są takie kwestie, których się nie przeskoczy uporem. Kiedy trzeba odbudować samochód niemal od podstaw niezbędny jest kawałek zadaszonego i bezpiecznego miejsca gdzie te prace przeprowadzimy. Niezbędne są narzędzia, ale też prędzej czy później części, których też nikt nam za darmo nie da.
Można to wszystko rozegrać budżetowo i nie zgodzę się, że trzeba zarabiać powyżej średniej krajowej, żeby bawić się w stare samochody. Ale za płacę minimalną też wiele się nie zdziała. Zresztą przy małym budżecie liczy się każdy szczegół i każdy będzie borykał się z innymi wyzwaniami.
Można też realizować to hobby od innej strony. Tak jak to robię z Escortem MK4, który był tani w zakupie, jest tani w utrzymaniu i do jego bieżącego serwisowania przez 3 ostatnie lata wystarczyłby parking pod chmurką i podstawowe narzędzia. Ale wróćmy już może do głównego wątku.
Do wachlarza czynności jakie należy opanować przy kompleksowej odbudowie samochodu doszła w moim przypadku między innymi wylewka betonowa. Potem urządzanie się, kompletowanie kolejnych narzędzi i części i przede wszystkim poprawa swojego zdrowia.
Efekt widać od dwóch lat. Prace idą coraz szybciej i widać już światełko w tunelu. Nie jest to robota zgodnie ze „sztuką”. Jest to kompromis między uczeniem się blacharki, ograniczonymi narzędziami, małym budżetem, niewielką ilością czasu i stanem samochodu.
Jak już Wiecie Taunus był już naprawiany. Nie raz, bo jak trafił do mnie to odstawiałem go tu i tam na poprawki blacharskie, które okazywały się i tak kroplą w morzu. W efekcie stanąłem przed wyzwaniem odbudowania samochodu z jednej strony już mocno skorodowanego, z drugiej wielokrotnie naprawianego w sposób niefachowy, niechlujny i na skróty.
To zdecydowanie był samochód w którym z tych dwóch powodów nie ma już do czego spawać. Ale jednocześnie jakoś mi się te punkty udało znaleźć. Myślę, że w przyszłym roku zaczniemy pisać 4 rozdział, już na drodze na której mamy mnóstwo czasu do nadrobienia. Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie momentu, w którym będę mógł go od tak po prostu używać.
Po tylu latach wchodząc do garażu i widząc go z podłogą, progami i aktualnie z nową lewą podłużnicą czuję się jakby to był ten trwający od 15 lat koszmar polegający na szarpaniu się, żeby kiedyś w końcu go zrobić. Jednocześnie mając w głowie te wszystkie głosy, że nie warto, nie da się, nie dasz rady, nie umiesz, to trzeba majątku, profesjonalnego warsztatu, arsenału narzędzi i dziesiątek gotowych reparaturek. No i dalej myślę, że to wszystko prawda, ale jednocześnie widzę tego połatanego grata, który wbrew wszystkiemu chyba znowu pojedzie o własnych siłach.
Rozdział 3 – w obrazkach
Żeby było jasne, jeździliśmy. Trochę na uczelnię, trochę od tak, gdzieś tam i trochę na bardziej zorganizowane zabytkowe akcje. Pojechaliśmy w Festiwalu Nitów i Korozji oraz Rajdzie BGC. Zawsze był to ogromny wysiłek z dodatkiem stresu, żeby pojechać, dojechać i wrócić.
Ślady po taśmie nie są przypadkowe. Żeby chociaż trochę mniej prowokować policję zakleiłem tylne błotniki. Kto wie, ten wie, ale przynajmniej próbowałem to doraźnie przypudrować.
Z drugiej strony ta sama historia.
Po wycięciu rudego zostało tyle.
Lewa strona. Próg wewnętrzny tragicznie skorodowany. Podłoga skorodowana również. Wszystko wieńczą absurdalne łaty na… wszystkim czego jeszcze rdza nie zjadła.
Idąc dalej wzdłuż lewego progu sytuacja się nie poprawia. Ale spokojnie, w tej chwili już jest tam blacha!

To jeszcze detale dla fetyszystów brzydkich rzeczy.

Z ulgą mogę powiedzieć: TAK BYŁO!
Na zewnątrz nie lepiej.

Tam gdzie nie widać korozji, to była szpachla. Pod nią nie zgadniecie co? Rdza.
O, znalazła się wewnętrzna część błotnika. Tak jakby.
To też jest już zrobione.
Tutaj trzeba było trochę grubiej machnąć z naprawą. To też jest już zrobione. Reparaturki nadkoli to pamiątka po remoncie zorganizowanym przez R.
Nie wierzę, że udało się to ogarnąć. Ale jednak się udało.,
Druga strona i wspaniała naprawa włóknem szklanym, która nie za wiele zmieniała w ilości dziur.
Rzeź. Ale to również już naprawione.
A ta piękność jest nad głową. To kaseta szyberdachu. Jeszcze nie naprawiona.
To też już zrobione.
To jeszcze nie zrobione.
W ten sposób terenu też już nie znaczy.
Był niezły syf, przyznaję.
Te tutaj też już naprawione.
To poszło jedną, grubszą transplantacją tkanki.
Gdzie nie spojrzeć ten panel był przerdzewiały.
To wtedy nawet nie wyglądało jak jakiś szczególny problem.
Ten problem też już rozwiązany.
I ten też.
I tak to było.
Patrzę na to wszystko i sam nie wiem jak się za to zabrać. Na szczęście już nie muszę, bo skończyłem.

























