Stare kontra nowe

Konflikt między miłośnikami samochodów przynosi tylko straty.
Konflikt między miłośnikami samochodów przynosi tylko straty.

Przeglądając treści które zamieszczałem na RiP przez ostatni miesiąc zauważyłem pewną prawidłowość. Otóż, najwięcej uwagi poświęciłem najmłodszym maszynom. Także takim, które dopiero za rok pojawią się na rynku. A przecież jak dotąd zajmowałem się właściwie tylko klasykami. Czy to oznacza, że zdradziłem swoje motoryzacyjne ideały? Zmieniłem stronę? A może po prostu szukając „swojej” motoryzacji takie podziały nie mają sensu…

Długo się zastanawiałem co napisać dalej. Ten wpis wisi w powietrzu już od tygodnia, może dwóch. Dlatego może ujmę temat najprościej, czyli subiektywnie i bez wybitnych kalkulacji. „Samochód to tylko samochód”… No i jest to prawda. Dla jednego będzie to narzędzie pracy jak młotek, albo ułatwiacz życia jak pralka automatyczna. Dla innego będzie to klucz do wielu pozytywnych emocji i wrażeń.

Wiek samochodu w gruncie rzeczy nie ma tutaj kluczowego znaczenia. Większość moich mieszczących się w statystycznych normach znajomych, wybrałoby nowy samochód z przyczyn praktycznych. Wszystkim się wydaje, że kupno nowego samochodu to kwestia uregulowania rachunku u sprzedawcy, opłacenia OC i w drogę!

Od tego momentu możemy cieszyć się wygodnym i bezproblemowym w obsłudze narzędziem transportu osobistego. Wszystko działa jak należy, nic się nie psuje i jest bardzo bezpiecznie. Nie chcę tutaj rozwijać tematu, ale sam mam pewne doświadczenia z nie jednym nowym samochodem. Kilka poznałem na dystansie od kilkunastu do ponad 100 000 km. Wiem, że bezproblemowość obsługi czasami nigdy się nie zaczyna, innym razem kończy się już koło 40 000 km, żeby po 60 000 km zacząć mocno doskwierać.

Wiem, że wiele nowych samochodów w wieku około trzech lat, lub po osiągnięciu przebiegu rzędu 50 000 km zaczyna się robić niebezpieczne. I nie dlatego, że to efekt spisku producentów. To efekt technicznych analfabetów – właścicieli. O każdy samochód trzeba dbać, ale żeby dobrze dbać trzeba coś tam o samochodach wiedzieć. I płacić. Samo się nie naprawi.

Stary do pielęgnowania, nowy do wykorzystywania. Można to zgrabnie połączyć.

No ale ja zupełnie nie o tym chciałem. Zostawię to sobie na inną okazję. W związku z tym wpisem zastanawiałem się mocno nad tym, dlaczego ja kupiłbym nowy samochód. Pierwsza myśl jest taka, że wystarczy pójść do salonu, wyłożyć kasę, jeździć cały rok, nie przejmując się obcierkami, marketowymi parkingami, dziurami w drodze, krawężnikami, solą, śniegiem i lodem. No i oczywiście nie martwiąc się wadami ukrytymi i burzliwą przeszłością maszyny.

Generalnie rzecz biorąc od nowego samochodu oczekiwałbym tego, że będzie mułem roboczym którym ja nie będę się musiał interesować. A zaoszczędzony czas mógłbym przeznaczyć na… klasyka.

Tylko, że to tak nie działa. Eksploatacja nowego samochodu, okresowe przeglądy gwarancyjne itd. kosztują nie mało. Utrata wartości sama w sobie będzie ogromna a doliczając moje wymarzone nie przejmowanie się niczym… wyjdzie, że wóz oddam za cenę roweru już po 4-5 latach. Oczywiście nie byłoby mnie stać na klasyka… A po sprzedaży tej „nówki” pewnie na żaden wóz bym już nie miał środków…

A zatem ja nie widzę sensu kupowania nowego samochodu, bo ten miałby być dla mnie pomocnikiem przy ogarnianiu klasyka. Pomocnikiem, którego chciałbym czasem potargać po jakimś KJSie podnosząc swoje umiejętności. Można mi zarzucić, że bieda przeze mnie przemawia. No ale popatrzmy na to inaczej. Mając do wydania na samochód, tu i teraz 150 000zł, pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy to… Jak tanio mogę kupić codzienny samochód, żeby resztę zainwestować w któreś z motoryzacyjnych marzeń.

A w związku z tym, że brylowanie na Domaniewskiej, ani nawet pod Tesco nie jest szczytem marzeń, więc wierzę, że moja postawa nie zmieniłaby się w miarę wzrostu ilości pieniędzy. Nie oczekuję od samochodu więcej niż przeciętny kierowca. Chodzi raczej o inny zestaw wartości.

I chociaż naprawdę nie potrafię zrozumieć jak można fascynować się Skodą Superb, czy Focusem z „ekonomicznym” dieslem, tak absolutnie rozumiem i współuczestniczę we wkręcaniu się w te wszystkie RSy, GTI, GP i temu podobne.

W świecie nowych samochodów także można odnaleźć maszyny, które fascynują. Nie wiele jest takich, które przyciągają swoim stylem, te są przeważnie drogie i elitarne. Więcej jest takich, które mają być wyścigowo-rajdową bronią dla kierowcy amatora. Takie samochody uwielbiam bez względu na wiek. Zdarzają się też takie, które po prostu nastawione są na dawanie kierowcy radości z jazdy. Wynosząc to do czegoś znacznie większego i głębszego niż tylko pokonywanie określonej drogi.

Jednak kwestie prawne, głównie związane z bezpieczeństwem sprawiają, że w nowych samochodach kierowca odcinany jest od bezpośredniego kontaktu z maszyną, z drogą. Wszystko jest podawane tak, jakby kierowca był cały znieczulony. Trudno w ten sposób czuć i rozumieć fascynacje i emocje związane z prowadzeniem samochodu. Ciężko mi przeciętnym nowoczesnym samochodem wyciągnąć z przejażdżki coś więcej, jakąś głębszą przyjemność. Nie ma emocji, które sprawiają, że zapominamy o konsumpcji paliwa i kosztach każdego pokonywanego kilometra.

Nowe i starsze, drogie i tańsze… Łączy je pasja do ścigania i emocje z tym związane.

Gdzieś w tym wszystkim są samochody w wieku średnim. Dla mnie to jest szerokie pole, dość zróżnicowane. Ale wozy w wieku 5-15 lat to generalnie maszyny o charakterze w pełni użytkowym za mniejsze pieniądze. Powyżej dziesięciu lat codzienne użytkowanie za minimalny wkład robi się coraz trudniejsze i te kolejne pięć lat to przeważnie powolna droga na szrot.

Ale w tej grupie są też wozy świetnie nadające się do amatorskiego ścigania. Tanie, jeszcze w przyzwoitej formie, z coraz większym zapleczem części zamiennych. Zresztą widać to na KJSach, Super OSach itp.

Dalej wyróżniam grupę 15-25 lat. Jest to wiek trudny dla samochodu. Przeważnie w tym wieku ciężko znaleźć już samochód, którego codzienne użytkowanie mieści się w rozsądnym rachunku ekonomicznym. Używanie w amatorskim sporcie także traci sens, gdyż w podobnych pieniądzach będzie można dostać młodsze i mniej wymagające auto. Tak to wychodzi w praktyce najczęściej. Samochody w tym wieku nie cieszą więc zainteresowaniem osób poszukujących „praktycznego” samochodu, ale też nie interesują się nimi „koneserzy”. Zawsze są wyjątki, ale to chyba najtrudniejszy okres w życiu każdego samochodu.

I tak dochodzimy do klasyków. Rozpisałem się za długo, więc pozwólcie, że o klasykach pobajdurzę sobie w oddzielnej części tekstu, bo tutaj chyba leży sedno omawianego tematu.

MSK

Źródła zdjęć:

http://www.rodauthority.com

http://www.thirdoptionmen.org

http://www.bridgetogantry.com