Optymistyczne Detroit

10176058_10152954188770049_390658760053724329_n
Ford Performance ma wprowadzić kilkanaście usportowionych maszyn na rynek i serię akcesoriów.

Targi motoryzacyjne to generalnie taka sobie ciekawostka dla przeciętnego zjadacza chleba. Dawniej można było jeszcze poobserwować szalone prototypy i podyskutować o przyszłości. Ale ostatnimi laty zrobiło się jakoś tak… pesymistycznie. Aż do tegorocznych targów w Detroit. Dlaczego były takie optymistyczne? Już odpowiadam.

Przez ostatnie lata motoryzacja uparcie brnęła w ślepy zaułek zwany „ekologią”, czy bardziej po polsku – ochroną środowiska. Samochody elektryczne to dalej raczkująca technologia jak na przyzwyczajenia wyrobione na silnikach spalinowych. A pamiętajmy, że samochodów elektrycznych nie wymyślono wczoraj, tylko sto lat temu. W podobnym okresie co samochód benzynowy.

W związku z tym klepano te wszystkie hybrydy w czym chyba przoduje Toyota. No a przynajmniej oni wprowadzili najwięcej takich samochodów na drogi. Hybrydy to dla mnie totalny absurd, chociaż jakieś tam zalety są. Ale to temat na inną okazję.

Samochód to też zabawka

W tym miejscu zostawmy za sobą cały ten „eko” szmelc i zajmijmy się interesującymi samochodami. Oczywiście jako osoba absolutnie niekompetentna będę teraz wydawał wyroki i osądy na temat przyszłości motoryzacji. I mimo wrodzonej skromności uważam, że większość dziennikarzy motoryzacyjnych i blogerów nie ma w tym temacie wiele większych kompetencji.

A teza jaką stawiam jest taka: Branża motoryzacyjna stanie wyraźniej niż do tej pory na rozdrożu. Z jednej strony będą „eko” sprzęty AGD/RTV, służące ludziom, którym jest wszystko jedno jak i czym dojadą do pracy, szkoły, lekarza, na zakupy itd. A zatem będzie to kierunek hybryd, niskich pojemności i masy idiotycznych rozwiązań, które sprzedawać będzie formujący trendy marketing. Czytaj: „ekologiczne crossovery o napędzie hybrydowym, o wysokim stopniu bezpieczeństwa czynnego i biernego”.

Druga gałąź to stary – nowy rynek „hobbistyczny”. Stary bo Ferrari, Lamborghini, Lotusy, Caterhamy, Morgany i wiele więcej, to nic innego jak samochody tworzone z każdego powodu, z wyjątkiem zwykłej funkcji przemieszczania się od A do Z. Większość z nich da kierowcy wiele radości na torze i wymęczy podczas próby dotarcia rano do pracy.

Stara część tego rynku to także części tuningowe, akcesoria i cała masa drobiazgów od mechaniki po wygląd wozu. Uzupełnieniem tego sektora są warsztaty, hamownie i specjaliści od modyfikowania pojazdów. Przychodzą mi na myśl także obiekty, jak tory wyścigowe, ale w Polsce ten sektor jakoś tak… Ledwo ciągnie. Chociaż Rallyland chyba nie narzeka na brak zainteresowania. Ale i nas zamiast budować, niszczy się, więc cofamy się w rozwoju w imię postępu. Jak na filmie Barei.

Jeśli ktoś się wścieka, że zapomniałem o klasykach, to informuję, że nie zapomniałem. W USA i w Europie to także ważna część rynku, który określiłbym jako hobbystyczny. Klasyki oryginalne i modyfikowane to wcale nie taki margines. Obrót takimi pojazdami, produkcja oraz sprzedaż części i akcesoriów, warsztaty, imprezy specjalistyczne itd.

DSC03701
„Hobbystyczny” klasyk – Galaxia de la baja. Będzie o nim tutaj słów kilka.

To wszystko stanowiło do tej pory, jak się zdaje, rosnący kawałek branży motoryzacyjnej. Z małymi wyjątkami najwięksi producenci samochodów nie brali w tej części tego biznesu udziału. Do teraz.

„Nie wiemy ile CO2 emituje, ale oto czas okrążenia na Nordshleife”

Nie jestem pewien kto zaczął, ale mam przekonanie, że jednym z tych kamyczków, które mam nadzieję, rozpętają lawinę, był Dodge. Nie wiem czy Wiecie, ale w koncernie Fiata, czyli Chryslera… Dodge ma pełnić funkcję samochodów dla młodszej klienteli. W tym celu w ofercie mają znajdować się samochody określane mianem „performance”. No i mają być możliwie tanie.

I tak narodził się Challenger i Charger Hellcat. To dość radykalne posunięcie, ale ludzie z Dodgea wprowadzili na rynek samochody, które redefiniują amerykańską motoryzację i strzelają w głowę wszystkim Priusom. 707 koni mechanicznych to całkiem sporo. Szczególnie gdy ta moc przekazywana jest na tylne koła. A tak mocne, wielkie coupe i jeszcze większy czterodrzwiowy sedan… To bez sensu, ale zarazem… aż miło o tym pomyśleć. Biorąc pod uwagę cenę tych wozów, to trochę jak rozdawać karabiny ludziom za darmo. Legalnie.

Zachwycając się nim, czuje się jak ośmiolatek. Dzięki Dodge!

Azjaci także nie chcą być w tyle. Nowa Honda Civic Type R nie jest samochodem, który będzie mi się śnił po nocach, ale nie mogę nie docenić tego pomysłu. Popularny hatchback o sportowych aspiracjach to miłe odejście od hybrydowych Yarisów. Należy się spodziewać bardzo mocnego wozu. Podobno ustawiła się już po ten samochód kolejka chętnych. Jakby uturbiony v-Tec był czymś niespotykanym…

W Detroit zaprezentowano nową generację legendarnej Hondy NSX. Nie do końca trafia do mnie ten koncept, ponieważ jest to uturbione V6 z trzema silnikami elektrycznymi do pomocy. Jeden ma pomagać spalinowce pędzić koła tylne, a dwa pozostałe mają za zadanie dokręcać przednie. W praktyce to takie jakby 4×4.

10897104_10152755001838401_9202848169576516575_n
Ford jest bardziej oldschoolowy, Honda postawiła na nowoczesne hybrydowe rozwiązania.

Wszystko fajnie, ale to już zbyt nowoczesnej podejście jak dla mnie. A płonący egzemplarz podczas testów na Nurburgringu jakoś podpowiada mi, że mogą być z tym kłopoty. NSX ma być podobno takim „supersamochodem” na co dzień. Pewnie będzie konkurował głównie z Audi R8, ale to wszystko nie do końca jest z mojego świata.

Koniec „eko”, czas palić gumę

Możecie mi zarzucać, że za dużo piszę o Fordzie. Ale to nie moja wina, że to o Fo.Mo.Co. było najgłośniej w Detroit. Być może to o Detroit było głośno dzięki trzem sportowcom od Forda.

Cała uwaga skupiła się na kolejno prezentowanych maszynkach. Zacznijmy od F150 Raptora. Bardzo podoba mi się pierwsza generacja produkowana od 2009 roku. Jeżeli crossovery i SUVy są przez producentów rozumiane jako terenowe samochody usportowione, to Raptor jest jedynym przedstawicielem tego gatunku. A gdyby brać to dosłownie, czyli samochody użytkowo sportowe to… Raptor jest jednym z najlepszych reprezentantów tego gatunku.

Duże możliwości terenowe, duża paka, mocny silnik i zawieszenie znoszące szybką jazdę po bezdrożach. Ze skokami włącznie. Nowy Raptor nie dostanie już V8, czego trochę nie rozumiem. V6, które ma dzielić z nowym GT o którym za chwilę, wydaje się być nieodpowiednie głównie przez wgląd na dwie turbiny. Wolnossące benzynowe V8, generujące wysoki moment obrotowy od najniższych obrotów wydaje się być idealne dla wozu, który ma radzić sobie w terenie i robić to szybko. No ale taka polityka firmy, co zrobić.

Oby V6 biturbo nie zniszczyło nowego Raptora.

Raptor ma być także lekki dzięki aluminiowemu nadwoziu. Obecnie tylko pick-upy Forda mają być produkowane z użyciem tego materiału. Zmniejszenie zużycia paliwa i poprawa osiągów przez zmniejszenie masy. W końcu ktoś poszedł za głosem rozsądku.

Następnym ciekawym wozem o zastosowaniu typowo „weekendowym” jest Mustang GT 350R. Celowo pomijam tutaj GT 350, ponieważ R to jego hardkorowa wersja. Wóz jest lżejszy, głównie za sprawą zastosowania większej ilości elementów z włókna węglowego. Nowością są karbonowe felgi, podobno bardzo mocne i lekkie. Jednak prawdopodobnie Ford będzie zaleciał właścicielom 350R używania tradycyjnych felg na po za torami wyścigowymi.

Zwykłe GT350 zamknięto bez jedzenia i picia na Nordshleife. Oto czym się stał w tym czasie…

Ta wersja Mustanga nie ma tylnego siedzenia, jest głośniejsza, twardsza i szybsza od typowego GT350. W zasadzie jest to samochód wyścigowy z homologacją drogową. Używanie go na co dzień prawdopodobnie będzie bardzo uciążliwe. Nie wiem jak Wam, ale mi bardzo podoba się to, że tak duży producent samochodów wprowadzi do oferty wyścigówkę idealną dla amatorów. Doświadczonych amatorów. Wóz ma mieć trochę ponad 500 koni z V8 oczywiście.

Na koniec model GT. Pierwsze generacje to historia Le Mans. Znacie ją dobrze. Fani Forda powtarzają historię o klepaniu Ferrari jak Polacy o Bitwie pod Grunwaldem. W 2005 roku Ford wypuścił „nowe” GT z V8 umieszczonym centralnie. Wóz mocno przypominał oryginał. Jednak mam wrażenie, że nie był to specjalny sukces, nawet w formie generowania hałasu wokół Forda.

Podobno przez otwory w lampach powietrze zasysać będą turbiny.
Podobno przez otwory w lampach powietrze zasysać będą turbiny.

Nowe GT zdążyło już namieszać. Zobaczymy co dalej. Nie ma już V8, zastąpiła go podwójnie doładowana V6. Nie będę narzekał z jednego powodu. Ford zamierza od 2016 roku wrócić do Le Mans 24h i wyścigów endurance. Oczywiście GT nie będzie rywalizować z prototypami, ale w klasie… GT, będzie walczył z Aston-Martinami, Porsche, Ferrari i być może innymi. I właśnie przez plany sportowe zastosowano taki napęd. Skoro tak, to mi się podoba.

Można robić stylistyczną kopię, ale dopiero podobne zamiary powodują, że mamy do czynienia z prawdziwym następcą legendarnego GT 40. Wersja drogowa wydaje się być ciekawa, ponieważ nie jest hybrydą. To będzie oldschoolowy brutal z dwiema turbinami, generujący 100% mocy z benzyny. Nowinki techniczne znajdujemy głównie w zastosowanych materiałach i nowoczesnej, adaptacyjnej aerodynamice.

I co z tego?

Powiecie, że to strata czasu. Kto z nas pojeździ Raptorem, GT 350R, czy GT? Pewnie nikt. Ale przykład idzie z góry. Widzę w takim zjawisku szansę na „zalegalizowanie” pasji większości z nas. I tego, że ci bogaci będą sobie latać na track-dayach swoimi drogimi zabawkami. A my gdzieś tam obok, pojeździmy sobie tym co lubimy i na co nas stać. Ważne, żeby było gdzie startować i żeby pasja do motoryzacji przestała być tabu i zyskała pozytywny i przychylny odbiór.

Nowe, stare, seryjne i modyfikowane. Amatorskie ściganie to większe bezpieczeństwo na drogach. I Passeczkiem też można! Foto: Carrodarua.blogspot.com

MSK

PS. Stęskniłem się już za klasykami. Trzeba nadrobić w lutym na RiP.